Press "Enter" to skip to content

Khao San Road nocą

mm 0
Następnego dnia wstaję wcześnie rano (tj. około 8.00) i ruszam w stronę ambasady Birmańskiej, najtańszą opcją dojazdu okazuje się motor-taxi (skuter działający na zasadach taksówki). Mój kierowca najwyraźniej lubi brawurową jazdę, powtarzam do siebie, że wie co robi, zwłaszcza kiedy jedzie pod prąd, lub przejeżdża przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, wciska się między inne pojazdy i wyprzedza, kiedy tylko może. Ma na sobie kominiarkę chroniącą go przed słońcem i kamizelkę, z oznaczeniem funkcji, jaką pełni, ale przechodzi mi przez myśl, że może to mały terrorysta na skuterku, który właśnie realizuje swój mały destrukcyjny plan:) Do ambasady docieram o czasie, składam wszystkie potrzebne dokumenty, a na miejscu poznaję Adriana, sympatycznego Niemca, który przyjechał do Bangkoku głównie po wizę birmańską. Wspólnie zwiedzamy Bangkok, jedziemy do Siam Center, później do Lumpini Park, gdzie znajduje się epicentrum protestów przeciwko obecnemu rządowi. 
Nie jesteśmy pewni co nas tam czeka, zwłaszcza, że po drodze miejscowi ostrzegają, by nie iść w tym kierunku, jednak ostrzeżenia mają skutek odwrotny do zamierzonego. Wchodzimy ostrożnie w sam środek
protestów, Tajowie bardzo miło nas witają, podają zimne napoje, które smakują wyjątkowo dobrze w ten gorący dzień i uśmiechają się ciepło, chętnie pozują do zdjęć i za każdym razem dają do zrozumienia, że jesteśmy mile widziani. Cały protest przypomina bardziej festyn z grającym zespołem muzycznym i ludźmi relaksującymi się na trawnikach, niż agresywną demonstrację. Park jest wyłożony namiotami i moskitierami, w których uczestnicy protestów chronią się przed słońcem i owadami. Ludzie przyprowadzili dzieci, niektórzy ubrali się w narodowe barwy, hasło przyświecające protestowi to „Shut down Bangkok, restart Thailand” – Tajowie stają się coraz bardziej świadomym narodem, a co za tym idzie, ich wymagania wobec rządu rosną, pojawia się niezadowolenie i opór społeczny. Po jakimś czasie ruszamy dalej, dołącza do nas Izraelita-podróżnik, wspólnie wracamy łodzią w okolice Khao San Road, podziwiamy widoki i umawiamy się na wieczorne piwo.
Wieczorem spotykam się z Adrianem (poznanym w ambasadzie) i Eliotem, francuzem, który spontanicznie do nas dołączył. Zaczynamy w barze z muzyką na żywo, rozmawiamy, opowiadamy dowcipy, śmiejemy się i uczymy się nawzajem słów w swoich ojczystych językach. Około północy wieczór nabiera tempa, wielokrotnie zmieniamy bary, przechadzamy się po Khao San, każdy z nas rzuca nowo poznanymi wulgaryzmami w obcym dla siebie języku:) Widzimy jak obsługa jednego z barów próbuje dobudzić turystę, który zasnął na stole, uznajemy, że powinniśmy mu pomóc, w końcu to Bangkok i nie wiadomo co może się stać komuś, kto za długo zabawił przy barze. Oblewamy delikwenta lodowatą wodą, potrząsamy, próbujemy podnieść, mówimy do niego, ale ten ani drgnie – oddycha, ma puls, więc chyba wszystko w porządku… Po krótkiej naradzie postanawiamy zostać z nim chwilę, więc zamawiamy kolejkę, delikwentowi nadajemy imię „Brian” i rozmawiamy z nim, jakbyśmy właśnie się poznali (podczas rozmowy Brian jest raczej pasywny:)). Obsługa składa stoliki i robi na ziemi posłanie z obrusów dla Briana, jednak ten, po jakichś 30 minutach prób zaczyna się budzić – Viktoria!!! Początkowo chwiejnie, z naszą pomocą staje na nogach, nie mówi, ale po motoryce jego ciała widać, że za chwilę będzie w stanie chodzić. Po upewnieniu się, że Brianowi nic nie będzie i zamienieniu z nim kilku zdań, żegnamy go i idziemy dalej. Wieczór wciąż jest młody, chodzimy po barach i klubach, obserwujemy bawiącą się tajską młodzież i sami się bawimy. Późną nocą rozrywkowa twarz Khao San zmienia swoje oblicze, prostytutki zaczepiają turystów na każdym kroku, wszędzie widać awantury i pijanych ludzi (my również zasilamy ten szereg:)), atmosfera ulicy robi się niesmaczna. Na koniec żegnamy się i każdy idzie w swoją stronę.

Kolejnego dnia budzę się z ciężką głową, wstaję około południa, planuję dzień, ogarniam pokój i idę na śniadanie. Około godz 15 spotykam Eliota, okazuje się, że po wczorajszej imprezie jeszcze nie spał, kontynuował zabawę, którą jest bardzo podekscytowany. Podczas naszego spotkania rzuca w stronę każdego azjaty nonszalanckie „arigato” (jap. dziękuję) – widocznie nie tylko polskiego uczył się tego wieczoru:)
Fajne? Podziel się z innymi.
  •  
  •  
  •  

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *