Press "Enter" to skip to content

Medytacja w Malezji – 12 dni aberracji

mm 0

Ląduję w Kuala Lumpur, w pełnej różnorodności stolicy Malezji położonej po zachodniej stronie półwyspu można spotkać awangardową nowoczesność przenikającą się z niebanalnym tradycjonalizmem. To tutaj stoją Petronas Towers wybudowane w 1998 roku, które przez lata były najwyższymi budynkami świata (z biegiem lat zostały wyprzedzone przez takie budowle jak Taipei 101, Shanghai World Financial Center, Burj Khalifa w Dubaju i kilka innych), otoczone ekskluzywnymi centrami handlowymi i nowoczesnymi biurowcami, tutaj również można zatopić się w nieco archaicznej atmosferze Chinatown, gdzie sprzedawane

są niezliczone ilości pamiątek, gadżetów, dóbr codziennego użytku, a także wyśmienite jedzenie, którego kosztowanie jest moim ulubionym sposobem eksploracji kultury kraju.

Po kilku dniach przyjeżdżam na północ kraju, do Buddyjskiego Centrum Medytacyjnego, w którym
zamierzam pozostać na retreatment medytacyjny, rodzaj wyciszenia, które pomaga odizolować się na chwilę od świata i skupić na sobie. Planuje spędzić tutaj około dziesięciu dni, wiem, że nie będzie łatwo, retreatment medytacyjny Vipassany ma niewiele wspólnego ze zwyczajowym wyobrażeniem o wyciszeniu, jest raczej arcytrudną pracą z umysłem wykonywaną non stop przez kilka do kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu dni. Jego celem jest bycie wyłącznie z samym sobą, nawiązanie kontaktu ze swoim umysłem, przeniknięcie przez poszczególne warstwy naszej osobowości, wykształcone na drodze funkcjonowania w społeczeństwie i zajrzenie w sam środek siebie.
Docieram do świątyni około południa, po krótkiej rejestracji idę na spotkanie z mistrzem, tj. mnichem przełożonym, jego zadaniem jest zaakceptować, lub odrzucić moją aplikację, a później prowadzić mnie przez wyciszenie. Mnichem przełożonym jest ubrany w kaszaję, lekko przysadzisty Birmańczyk w średnim wieku. Zgodnie z wcześniej udzieloną mi instrukcją, na początku spotkania wykonuję trzy ukłony w jego kierunku i odpowiadam na zadane pytania. Ten dokładnie czyta moją aplikację, a okulary delikatnie podskakują na jego nosie, kiedy nakreśla panujące tu zasady:
– nie należy porozumiewać się z innymi ludźmi, w żaden sposób, tj. nie mówić, w ogóle, chyba że nauczyciel o coś zapyta, nie wykonywać gestów, które byłyby formą kontaktu, ani nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Przez ten krótki czas istniejesz tylko ty i twój umysł
– rdzeniem wyciszenia jest grafik, któremu należy się bezwzględnie podporządkować, narzuca pobudkę codziennie o godzinie 4.00 rano i medytację do godziny 22.00, z krótkimi przerwami na posiłki.
– nie należy używać laptopów, telefonów, czytać książek, ani pisać.
– należy jeść tylko dwa razy dziennie: o godzinie 6.30 oraz 11.00
– należy przestrzegać swoistego kodu etycznego
W pokoju jestem sam, choć jest tu kilka łóżek, których podstawa wykonana jest ze sklejki, na niej spoczywa cienka warstwa gąbki, posłanie jest raczej surowe, ale okazuje się wystarczająco wygodne, aby przespać noc, jeżeli tak można nazwać czas między dwudziestą drugą a czwartą rano.
Pierwszy dzień mija na sprawach organizacyjnych, rozlokowaniu się w pokoju i oswojeniu z techniką. W świątyni, poza mną, jest jeszcze pięciu mnichów, kilka mniszek i kilka kobiet, które biorą udział w wyciszeniu. Mam pokój na tym samym piętrze, na którym mieszkają wszyscy mnisi. Nie rozmawiamy ze sobą i nie patrzymy sobie w oczy, mijamy się jedynie w korytarzu bez słowa. Wieczorem wszyscy spotykamy się na najwyższym piętrze, w sali medytacyjnej, która wygląda dość zwyczajnie, obrazy na ścianie przedstawiające buddyjskie ikony oraz dwa otoczone świecami pomniki ustawione na czele, nadają temu miejscu duchowego charakteru. Wszyscy siedzimy na poduchach medytacyjnych i wykonujemy ostatnią sesję. Pojawiają się rytuały, oraz zwyczaje, których jeszcze nie znam. Po zakończonej sesji siedzenia (tak nazywana jest medytacja na siedząco) wstaję, rozprostowuję kości i ruszam w stronę drzwi, w połowie drogi orientuję się, że wszyscy wciąż siedzą i spoglądają na mnie kątem oka, jakby chcieli dać mi dyscyplinującego klapsa w potylicę, podobnie, jak robią to rodzice wobec niesfornych dzieci. No tak, powinienem zaczekać, aż wyjdzie mistrz, który stoi w miejscu i spod okularów patrzy na mnie dziwnym, ale wyrozumiałym wzrokiem, podśmiewając się pod nosem. Cóż jest już za późno na wycofanie się, mam nadzieję, że zrozumieją…
W drugim dniu pojawia się zmęczenie i ból głowy, który towarzyszy mi przez cały dzień, oczywiście branie jakichkolwiek tabletek jest tutaj silnie odradzane. Wczesnym popołudniem idę na spotkanie z mistrzem, któremu opowiadam o mojej praktyce i o trudnościach, jakie napotykam. Na koniec słyszę
– widzisz, w medytacji chodzi o to, by nauczyć się być szczęśliwym. W życiu są dwa rodzaje szczęścia, pierwszy wynika z przyjemnych doznań, które odbieramy za pomocą zmysłów. Ludzie często czują się „szczęśliwi” gdy mają coś pysznego do zjedzenia, miły zapach do powonienia, gdy mogą patrzeć na coś pięknego, dotykać czegoś zmysłowego, lub gdy myślą o czymś stymulującym. Taki rodzaj szczęścia trwa tak długo, jak samo doznanie, czy obiekt który je powoduje, jak tylko zniknie obiekt, znika również uczucie szczęścia, a ludzie poświęcają życie szukaniu sposobu na powtórzenie podobnych chwil. Poszukiwanie szczęścia poprzez doznania fizyczne nieuchronnie prowadzi do klęski, ponieważ nie da się osiągać szczęścia powtarzając przez cały czas te same zachowania, a szukanie nowych, które dają podobny efekt prowadzi do gonitwy i niesatysfakcji. Drugi rodzaj szczęścia jest całkowicie niezależny od jakichkolwiek doznań, nie potrzeba żadnej stymulacji, aby go osiągnąć, potrzeba tylko ćwiczyć umysł poprzez medytację, a osiąga się go dzięki wyzbyciu się jakichkolwiek pragnień.
Z biegiem czasu dni stają się coraz dłuższe, coraz trudniej utrzymać skupienie, walczę o każdą sekundę koncentracji, czasami marzę o tym, by w tej chwili wyjść ze świątyni i wrócić do świata, innym razem czuję się wspaniale, z dala od zabieganego świata oraz jego małostkowych spraw i mam ochotę zostać tu na zawsze. W nielicznych wolnych chwilach, siadam na daszku tuż obok mojego okna, patrzę w błękitne niebo i odpoczywam w blasku słońca, w tych chwilach nie myślę o niczym, zapominam o medytacji, jednak nie wracam myślami do świata, czasami tylko obserwuję ulicę, po której jeżdżą samochody, nie zastanawiając się nad tym dokąd zmierzają i dla czego tak się spieszą.
Są również chwile, w których nie potrafię powstrzymać się przed powrotem myślami do spraw codziennych, do planu podróży, do spraw w Polsce. Zgodnie z praktykowaną tutaj techniką, gdy pojawi się przeszywający ból fizyczny, a taki ból pojawia się za każdym razem, w różnych miejscach na ciele, należy skupić się na nim, wtopić w niego, zespolić z nim w jedną całość. Umysł nie jest jednak tak posłuszny, jak byśmy tego chcieli, ilekroć próbuję skupić się na przeszywającym bólu w plecach, ten funduje mi przejażdżkę po całej historii mojego życia, od wczesnych lat dzieciństwa i drobnych zdarzeń, o których już dawno zapomniałem, poprzez lata młodzieńcze, pierwsze miłości, pocałunki, wyjazdy szkolne, aż po pracę finanse i niedawne zdarzenia. Któregoś razu podczas siedzenia przypominam sobie kompletny tekst piosenki Blendersów „punkt G”, nazwy dni tygodnia po francusku i wiele innych małych rzeczy, które kiedyś wiedziałem, a które schowały się przed moją świadomością. Odizolowany od wszelkich bodźców i stymulacji umysł desperacko szuka najróżniejszych punktów zaczepienia, nagminnie wyświetla mi filmy z licznymi imprezami, wyjazdami, zabawnymi zdarzeniami z życia, kieruje moją uwagę na sprawy finansowe i kobiety, chwali i krytykuje na przemian. Ja mówię stop! Skupienie! Nie słucha, przypomina niesfornego szczeniaka, który biega po polu goniąc za kołysanymi na wietrze źdźbłami traw. Koncentracja! – gówno, po głowie, z prędkością światła, krążą te same myśli pod różnymi postaciami, „kupić, sprzedać, zarobić, stracić, wojna, jedzenie, pieniądze, ludzie, kino, papieros, cycki” – Kurwa! Zaraz zwariuje!
Codzienna rutyna wypełniona jest drobnymi rytuałami, przed posiłkami ustawiamy się w dwóch rzędach, męskim i żeńskim, do jadalni najpierw wchodzą mnisi, później mniszki, później męscy yogi, na końcu kobiety yogi, jestem tutaj jedynym mężczyzną nie mnichem, więc moja kolejka jest zawsze jednoosobowa. Posiłki są podawane dwa razy dziennie, o godzinie 6.30 oraz 11.00, jedzenie jest nadzwyczaj pyszne, parada egzotycznych owoców i warzyw, do tego najróżniejsze dania orientalne, jedno trzeba przyznać, mnisi lubią dobrze zjeść. Każdy posiłek jest jednocześnie ceremonią, podczas której ludzie przychodzą do świątyni i składają podarki. Mieszkańcy miasta mają bardzo duży szacunek dla świątyni i mnichów, zawsze rozmawiają z nimi w pozycji klęczącej i kłaniają się nisko, do centrum medytacyjnego przychodzą po nauki oraz na medytację.
Dni mijają jeden po drugim, w międzyczasie wewnętrzne rozdarcie ujawnione przez wyciszenie zdaje się zasklepiać, akceptuję panujące tu zasady i dostosowuję się do rytmu dnia. Mam już swoje metody radzenia sobie z chwilami, w których równie niespodziewanie, co nieuchronnie przychodzi stan bliski szaleństwu, kiedy to myśli z siłą huraganu przetaczają się po ekranie świadomości. Chciałbym zostać tu dłużej jednak plan podróży popycha mnie do przodu. Po dwunastu dniach od pojawienia się tu, nadchodzi czas odejścia, wbrew moim oczekiwaniom dzień jest raczej smutny, zdążyłem przywyknąć do tego miejsca, co nawiasem mówiąc, jest niezgodne z tutejszymi naukami. Żegnam się z mnichem przełożonym, z bardzo przyjaznym chińczykiem, który pomagał mi w prostych codziennych sprawach, stojąc w cieniu drzewa biorę głęboki oddech, każdą cząsteczką ciała czuję zapach tego miejsca i gapiąc się na przejeżdżające obok samochody, z uczuciem dławienia w gardle przekraczam bramę prowadzącą do „normalnego” świata.
Fajne? Podziel się z innymi.
  •  
  •  
  •  

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *