Press "Enter" to skip to content

Rowerem przez Laos cz. 2 – czasem z górki, czasem pod górkę – jak to w życiu

mm 0
Wstaję wcześnie rano, budzony przez pianie kogutów i zabawy dzieci – Laotańczycy są rannymi ptaszkami, rozpoczynają dzień między piątą a szóstą, ja, jako ich gość dostosowuję się do tego rytmu dnia. Przeciągam się i wyglądam przez okno – pięknie jest:) Schodzę na dół i przez chwilę wpatruję się we wschodzące słońce, gospodyni woła mnie na śniadanie, a gospodarz

Zdjęcie: Laos – w drodze
tłumaczy coś obnażając nadgarstki. Już się cieszę na myśl o śniadaniu, jedzenie jest bardzo proste, jednak w połączeniu z atmosferą całego otoczenia smakuje wyśmienicie.
Składniki są podobne do kolacji – klejący ryż i zupa bambusowa. Planuję wyruszyć w dalszą drogę zaraz po jedzeniu, aby tym razem nie szukać noclegu późnym wieczorem. Gospodarz jednak zaraz po śniadaniu woła mnie i prosi, abym z nim poszedł. Idziemy razem do wsi, mijamy szkołę, machające dzieci, kilka domów, ludzi ciekawych „obcego”, maszerującego główną ulicą i uśmiechających się szeroko.

Wchodzimy do drewnianej, okrytej strzechą chaty, ustawionej na wysokich filarach, w której trwa zabawa. Wciąż jest wczesny poranek, więc ten widok jest dla mnie zaskakujący, pod domem, w otoczeniu filarów podtrzymujących chatę, rozstawionych jest kilka długich stołów, przy których biesiadują miejscowi. Wita nas Gospodarz imprezy, prowadzi na górę i sadza na podłodze, na miejscu jest już sporo pogrupowanych gości, przed każdą z grup postawiona jest paczka papierosów i plastikowy kubek.

Kubek jest regularnie wypełniany piwem i podawany któremuś z gości, ten jest zobowiązany bez ociągania się wypić jego zawartość, ponieważ kubek rotuje zgodnie z ruchem wskazówek zegara, więc obok zawsze jest ktoś, kto czeka na swoją kolej. Od czasu do czasu podchodzi do mnie któryś z gości i próbuje zamienić kilka słów, większość komunikacji odbywa się jednak na poziomie gestów. Zazwyczaj nie palę, ale Azja ma dziwną moc powodującą, że podróżnicy w tych stronach stają się tymczasowymi palaczami. Wyciągam więc papierosa z paczki, obok słyszę trzask zapalanej zapałki – to sąsiad spieszy mi z pomocą, odpalam papierosa, zaciągam się dymem i obserwuję dalszy ciąg wydarzeń. Kubek piwa wciąż rotuje, regularnie sabotując pracę mojego błędnika. Kiedy wszyscy są już lekko odurzeni alkoholem, gospodarz wyciąga butelkę bimbru, nalewa po trochu do dwóch plastikowych kubków stojących na tacy i podaje tacę jednemu z gości, ten pozdrawia wszystkich pozostałych uniesieniem tacy w różnych kierunkach, zlewa zawartość obu kubków do jednego, część zgromadzonego w nim płynu wypija, pozostałość wylewa do spluwaczki, którą częstuje również obfitym splunięciem. Rytuał powtarza się wielokrotnie z każdym z gości. Taca wielokrotnie dociera również do mnie, wiem, że mieszanie różnych rodzajów alkoholu nie jest dobrym pomysłem, zwłaszcza w tych stronach, jednak jestem tu gościem, więc przyjmuję gościnę najlepiej jak potrafię.

W pewnym momencie rozpoczyna się rytuał nazywany przez Laotańczyków Su khwan – Laotańczycy wierzą, że każdy człowiek posiada 32 duchy, nazywane khwan, Każdy z 32 duchów strzeże określonego obszaru fizycznego i mentalnego swojego gospodarza, dzięki nim, Laotańczycy są zdrowi i bezpieczni. Duchy jednak bywają niesforne i lubią oddalać się od swojego gospodarza i pozostawiać go bez opieki. Kiedy Laotańczyk wyjeżdża w długą podróż, lub jest poważnie chory, przeprowadzany jest rytuał Su kwhan, aby upewnić się, że wszystkie opiekujące się nim duchy są na swoim miejscu. Zgodnie z tradycją goście honorowi siadają przy zastawionym stole, do którego każdy ze zgromadzonych podchodzi, bierze jeden ze sznurków wyłożonych obok, kołysze nim nad nadgarstkiem jednego z honorowych gości, po czym zawiązuje sznurek wokół jego nadgarstka. Goście honorowi dziękują za rytuał niskim ukłonem ze złożonymi rękami, jeden z nich jest głęboko wzruszony, nawet nie próbuje powstrzymać łez płynących z jego oczu.

Po ceremonii wszystko wraca na poprzednie tory, goście bawią się, piją alkohol i wesoło rozmawiają. Wychodzę na zewnątrz, aby chwilę odetchnąć, jednak nikt mi nie odpuszcza, każda z grup zgromadzonych gości nalega, abym napił się z nimi któregoś z dostępnych alkoholi, a w Laosie odmowa w takiej sytuacji oznacza brak szacunku dla proponującego, wszyscy chcą zamienić ze mną kilka słów, a bariera językowa zdaje się mieć coraz mniejsze znaczenie
– jesteś bogaty? – pyta mnie jeden z gości
– nie – odpowiadam z uśmiechem
– tak jak my – mówi ze śladem ulgi widocznym na jego twarzy – wszyscy jesteśmy równi

Stajemy się coraz bardziej pijani, tańczymy na świeżym powietrzu do rytmów lokalnej muzyki i śmiejemy się. Po obfitym zakropieniu zasiadamy do jedzenia, zamiast stołu, na podłodze rozłożone są liście bananowca, na których postawiono nieodłączny składnik laotańskiej diety – klejący ryż i najróżniejsze dodatki. W południe jestem już kompletnie pijany, podobnie, jak reszta gości. Mam ochotę odpocząć, ale nie chcę nikogo urazić, więc siadam pod ścianą i staram się unikać interakcji. Mój gospodarz, jakby czytał w moich myślach – woła mnie i proponuje powrót do domu.
W domu czekają już na mnie dzieci z pobliskiej szkoły, chcą „porozmawiać” i pobawić się zabawkami przybysza, takimi jak aparat, czy rower. Spędzam z nimi trochę czasu, jednak nie jestem w formie, aby dotrzymać im towarzystwa dłużej, więc kładę się spać na rozłożonej na podłodze macie.


Budzę się po południu, z lekkim bólem głowy, idę na spacer po wsi, widzę, że impreza wciąż trwa. Jedna z biesiadniczek podjeżdża na motocyklu do chaty, w której trwa zabawa, jest kompletnie pijana, nie może skontrolować pojazdu podczas hamowania i wpada do pobliskiego rowu. W tym momencie mój organizm uruchamia tryb awaryjnej produkcji adrenaliny, biegnę ile sił w nogach, aby jej pomóc, jednak kiedy zbliżam się do rowu, widzę, że, ona tylko śmieje się i samodzielnie wychodzi na ulicę. Wspólnie wyciągamy motocykl, a biesiadniczka chwiejnym krokiem idzie kontynuować zabawę.

Laotańczycy lubią alkohol, na każdym kroku można spotkać ludzi gromadzących się w okół stołu i biesiadujących całymi dniami, są również bardzo gościnni, nie ma w nich typowego dla ludzi zachodu przywiązania do własności i pędu do zysku. Sądzę, że to efekt połączenia polityki komunistycznej i łagodnego sposobu bycia Azjatów. Wielu ludzi może krytykować taki sposób bycia, jednak, kiedy spędzam czas w tej atmosferze powolnego, bezstresowego i zrelaksowanego życia, zauważam w tym pewien urok.

Wieczorem wszyscy razem zasiadamy do kolacji, przy okrągłym stole, zastawionym dwiema beczułkami ryżu i niespodzianką, którą przygotował gospodarz – zupą z żab, złapał je na swoim polu. W talerzu pływają żaby o najróżniejszych barwach i rozmiarach, niektóre w całości, inne przekrojone na pół. Ich mięso jest delikatne, a w połączeniu z klejącym ryżem i sosem chilli smakują wyśmienicie. Po kolacji, zmęczony całym dniem, wchodzę po drewnianych schodach do mojego pokoju, okazuje się, że jest tam jeszcze więcej karaluchów niż poprzedniego dnia, schowały się pod moimi plecakami i pod matą na której śpię, gdzie nie spojrzę, widzę, przynajmniej jednego, tym razem wkładam dużo trudu w przegonienie ich – ten widok w połączeniu z poalkoholowym bólem głowy wywołują we mnie niemiłe doznania, po chwili jednak słyszę w oddali cykady, gekony i pozostałe odgłosy natury, które działają na mnie kojąco, relaksuję się i doceniam to co przyniósł mi dzień…
Fajne? Podziel się z innymi.
  •  
  •  
  •  

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *